O szukaniu inspiracji

"INSPIRATION (BRIGHT IDEAS FROM THE HOLE IN MY SOUL) [REVISITED]"
Autor: Luke Chueh


Inspirowanie się czyimiś dziełami - pierwsze narzędzie, po które sięgamy, gdy naszemu pomysłowi czegoś brakuje lub gdy pomysłu zupełnie nie mamy. Ale jak to działa? Jak się inspirować? Gdzie jest granica pomiędzy inspirowaniem się a kradzieżą pomysłu? Zapraszam do lektury.

O inspiracji słów kilka.
Osobiście z procesem inspiracji miałem trudne początki. Nie lubiłem tego procesu i unikałem jak ognia podglądania cudzych prac na temat, który chciałem realizować. Dlaczego? Bo się bałem, że będę miał mniejsze poczucie "własności" efektu, że będzie on częściowo należał do osoby, którą się inspirowałem. Po drugie bałem się kopiowania - bałem się, że czyjaś praca spodoba mi się na tyle, że (może nawet podświadomie) ją skopiuję.

Z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że to podejście jest strasznie głupie z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze - z pustego dzbana wina nikt nie naleje :). Jesteśmy ludźmi i wszystko, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, ma gdzieś swoje korzenie. Jeżeli nigdy nie widziałeś koloru czerwonego, to sobie go nie wyobrazisz.
Po drugie - kto jak kto, ale fotograf nie powinien mieć problemu z używaniem kawałków należących do kogoś innego. Fotografujemy ludzi, których nie stworzyliśmy w swojej wyobraźni, którzy mają na sobie ciuchy, które ktoś zaprojektował i uszył we wnętrzach, które ktoś zbudował. Chcąc nie chcąc fotograf zawsze będzie zależny od tego co na zewnątrz. Jednak mimo wszystko to my składamy te elementy w całość, to my je ze sobą wiążemy, układamy, komponujemy w kadrze.
Tu należy zauważyć, że zgodnie ze współczesną nauką na tym właśnie polega kreatywność - na niestandardowym łączeniu istniejących elementów.

No to się zainspirujmy!
Inspirować można się różnie i w różnym celu. Gdy nie ma się pomysłu na sesję, szuka się czegoś, co spowoduje, że w głowie zabrzmi ciche "tik" i żarówka się zaświeci. Tak przynajmniej ja to robię. Nie szukam gotowego pomysłu - szukam drobnego elementu, czasem koloru, czasem scenerii, przedmiotu, wyrazu twarzy, emocji, gestu etc. Czegoś drobnego, co pomoże mi zbudować pomysł. Wydaje mi się, że jest to jedna ze "słusznych dróg". Niektórzy natomiast oglądają zdjęcia, dochodzą do tego, co jest ich konstrukcją i to kopiują. Przenoszą cały szkielet pracy, przypisując sobie wszystkie zasługi. To już nie jest inspiracja, to czyste zrzynanie.

Druga sprawa to to, że większość fotografów inspiruje się fotografiami. Sam robię to stosunkowo rzadko - do dyspozycji jest tyle różnych dziedzin sztuki, więc po co ograniczać się do fotografii? Sam wolę się inspirować muzyką czy literaturą. Dzieła nieplastyczne wymuszają na mnie ich wizualną reprezentację. Zakładam, że moja wizualna reprezentacja będzie różna od reprezentacji innych osób, więc pomimo, że poniekąd stanowią interpretację jakiegoś dzieła/utworu, będą oryginalne. Czasem mam wrażenie, że pod niektórymi moimi pracami powinien być umieszczony odtwarzacz z utworami, których słuchałem robiąc storyboardy.
Oczywiście nie znaczy to, że nie można inspirować się malarstwem czy fotografią, bo można... grunt, żeby nie wpaść we wspomniane "zrzynanie" (a tego ryzyka nie ma przy inspiracji dziełami nieplastycznym).

Czasem inspirować się po prostu trzeba.
Dla tych, którzy, tak jak jak ongiś, nie przepadają za ideą inspiracji i ich tekst nie przekonał: czasem inspirować się po prostu trzeba. Właśnie zbieram materiał do projektu, w którym chcę odtworzyć klimat plakatu filmowego. Plakaty filmowe są różne, ale są w nich pewne klisze, które chcę wykorzystać. Obejrzałem ich dotąd kilkaset, jeszcze kilka setek dojdzie. Nie mogę odtworzyć tego klimatu, dopóki go nie poznam.

Inne korzyści.
Wydaje mi się, że podglądanie innych (tym razem mam na myśli dzieła plastyczne) ma jeszcze taką zaletę, że odkrywamy ich styl i poprzez co możemy się poszukiwać własnego. Może zauważysz jakiś element i pomyślisz, że to ciekawe, ale zrobiłbyś to dokładnie na odwrót. W ten sposób po kolei wyłapując kolejne składowe fotografii różnych artystów, będziesz budował większą świadomość własnego dzieła.
Jako przykładem posłużę się Helmutem Newtonem. Uwielbiam jego prace i fascynuje mnie jego spojrzenie na kobiety. Kobieta Newtona jest silna, niezależna, dostojna, a czasem wręcz tytaniczna. Widzę to, podoba mi się, ale nie wykorzystuję tego w swoich pracach - takie przedstawienie kobiety (ani jego przeciwieństwo) nie jest elementem mojego stylu, za to polepszyło moją fotografię przez zwrócenie uwagi na to JAK Newton konstruował taki obraz kobiety.

Dziękuję Wam za uwagę :)
~Sebastian Satyr

Dlaczego nie warto być robotem


Niedawno obrabiałem dużą ilość zdjęć z pewnego zlecenia. Reportaż nie wymaga tak intensywnej pracy jak sesje stylizowane - praca idzie dużo szybciej (przy czym nie deprecjonuję tu reportażu - zwyczajnie po reportażu oczekuje się większej zgodności z "rzeczywistością"*).
Nakryłem się na tym, że w ogóle nie zastanawiam się nad tym co robię - tu przyciemnić, tu rozjaśnić, poprawić kolor, podkręcić kontrast... następne.
Instynkt? Doświadczenie? Może.
Ale jak to wpływa na efekty pracy?

Automat jest szybszy.
Nie oszukujmy się - jeżeli robisz coś automatycznie, robisz to szybciej, sprawniej i... często efekty będą podobne do tego co byś zrobił, gdybyś chwilę się zastanowił przed zrobieniem tego.
Automatyzacja pracy przychodzi z czasem i doświadczeniem. Cztery lata, w czasie których obrobiłem tysiące zdjęć, powodują, że patrzę na zdjęcie i wiem. Czasem przychodzi Łukasz i z miejsca wie, co jeszcze trzeba poprawić, a czego ja nie zrobiłem i nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę jego zdecydowanie większe doświadczenie. 

Czasem też po skończeniu pracy przeglądam efekty i najczęściej dochodzą tylko drobne poprawki tu i tam, czyli ten automat nie jest taki zły.
Dlaczego więc zdecydowałem się na ten tekst? Ponieważ zacząłem się obawiać. Efekty są dobre, ale może mogłyby być lepsze.

Dlaczego nie warto być robotem?
Póki co wychodzi na to, że taka automatyzacja to nic złego.
Co tracimy? Zastanowienie, kontemplacje fotografii. Jednym z wielu powodów, dla których lubię fotografię stylizowaną i intensywnie obrabiam zdjęcia, jest czas jaki spędzam z fotografią. Naprawdę dużą wartość przykładam do czasu, jaki spędzam z każdą klatką, poznaniu jej słabych i mocnych punktów, drobnych wad - takich, które da się naprawić i takich, których się nie da.

Ta kontemplacja powoduje, że do każdego zdjęcia podchodzi się inaczej, inaczej traktuje i uważnie dobiera środki (dla mnie chociażby kolory są bardzo ważne). Jednak jak się nad tym zastanowiłem, to nawet tu wkradła się ta automatyzacja. 
Mam pewną słabość do tworzenia sobie ram pracy (tzw. workflow). Mam pewien zestaw narzędzi, którego używam przy niemal każdej fotografii - dają one sporo wolności, ale zauważyłem, że używam ich tak samo.  Nie spodobało mi się to, brakuje mi pewnej elastyczności w ich używaniu. Myślę, że odbija się to na efektach. Zautomatyzowałem się.

Stylowy automat, zmanierowany automat.
Teraz chwila wyjaśnienia -  napisałem wcześniej, że efekty są podobne, a teraz, że automatyzacja wpływa na efekty mojej pracy. Jedno i drugie jest prawdą. Rzecz leży w tym, że nasze umiejętności i styl (na jakim etapie rozwoju by nie był) ewoluuje. Jeżeli pozwolisz, by te procesy automatyczne zawładnęły Twoją pracą, będzie jej brakowało dywergencji. Twoje zdjęcia będą takie same. Zmanierujesz się, zamiast kształcić styl (kto nie czytał, polecam - Różnica między manierą a stylem).

Moim zdaniem styl wypływa z kontemplacji - myślenia o sobie i swoich dziełach oraz z zadawania pytań. Niestety w procesie przemiany w nadzwyczaj produktywnego robota zatracasz te umiejętności. Przestajesz się zastanawiać, dlaczego robisz to, co robisz, dlaczego robisz to tak, a nie inaczej. Przestajesz kwestionować swoje metody i założenia. Staczasz się powoli w otchłań manier, których masz coraz więcej, a stylu wciąż nie widać.

Kilka słów na zakończenie.
Po pierwsze - użyłem tu przykładu obróbki zdjęcia. Nie daj się zwieść i nie zawężaj problemu do tej jednej czynności. Znam fotografów, którzy za każdym razem wchodzą do studia i tak samo ustawiają światło albo mają zaspawane kółko przysłony na f/1,8. Dywersyfikacji i przemyślenia potrzebujesz na każdym etapie tworzenia zdjęcia.
Po drugie - nie demonizujmy też ponad miarę. Często automatyzacja pomaga mi poradzić sobie z dużą ilością fotografii - reportaż bywa złożony 300 zdjęć. Nie ma fizycznej możliwości, by poświęcić dwie godziny pracy każdej z nich. Poza tym nie przy wszystkich zleceniach dostaje się wolność twórczą. Gdy jej nie ma, wtedy pewien proces, automatyzacja pomaga się przebić (zachowując przy tym stałość wyników).

*Nie będę tu wnikał w to czym jest rzeczywistość. Przyjmijmy, na potrzeby tego wpisu, że rzeczywistość istnieje, a jej percepcja jest mniej więcej zbliżona dla poszczególnych ludzi. Czyli nie chce się zagłębiać w kwestie epistemologiczne i ontologiczne.

Bądźmy wdzięczni za porażki


Błędy i porażki... to temat dosyć rozległy i wykraczający daleko poza ramy fotografii - dlatego też mam nadzieję, że ten wpis przyda się nie tylko fotografom.

Jesteśmy wychowani (a bynajmniej więkoszość z nas) w przekonaniu, że porażka jest przeciwieństwem sukcesu, a błąd przeciwieństwem wykonania czegoś dobrze. Moim skromnym zdaniem podejście to jest: po pierwsze - błędne, po drugie zaś przeszkadzające w rozwoju.
Porażka i błąd są naturalnymi elementami procesu uczenia się i rozwoju.
W zasadzie można powiedzieć, że są elementami koniecznymi.

Sukcesy nie uczą.
Zastanów się - jakie wnioski wyciągasz po "zwycięstwie", czego nauczyłeś/aś się z ostatniego sukcesu? Jeżeli odpowiedź jest inna niż  "niczego", to jesteś w bardzo komfortowej sytuacji. Jednak zazwyczaj zwycięstwo jest zaledwie potwierdzeniem - okazuje się, że określona kombinacja zdarzeń/umiejętności/środków/szczęścia itp. daje porządany rezultat. Niezmiernie rzadko ze zwycięstw dowiadujemy się, co należy poprawić, co wymaga pracy (bo jakże mamy się dowiedzieć co poprawić, skoro wszystko działa?).
Zazwyczaj po sukcesie nie mamy też ochoty na analizowanie i poprawę - po co naprawiać coś, co nie jest zepsute?

Do porażek trzeba się przyzwyczaić.
Ikony sukcesu takie jak Donald Trump, Bill Gates, Walt Disney czy inni też ponosili porażki. Wiele porażek. To co doprowadziło ich do sukcesu to wytrwałość w dążeniu do celu. Porażka nie jest przyjemna, dla większości z nas nie jest też łatwa - godzi w nasze poczucie własnej wartości, godzi w naszą ambicję, wiarę w siebie. Jednak życie to nie bajka - porażki i mi, i wam zdarzały się i będą się zdarzać. Jeżeli nie jesteście na to gotowi, to sobie odpuśćcie robienie CZEGOKOLWIEK, albo zostańcie przy prostych, bezpiecznych, niewymagających zadaniach. Jednak jeżeli chcecie zawsze być  "bezpieczni", to weźcie pod uwagę, że nie zrobicie NIC wartościowego, NIC nie osiągniecie.
Różne są miary sukcesu, ale myśląc o ryzyku i porażkach weźcie pod uwagę, że statystyczny milioner był bankrutem 3,5 raza w życiu.

Ciesz się z porażki.
Tak jak napisałem - sukcesy nie uczą. Z porażek możemy wyciągać wnioski - porażka wręcz zachęca do analizowania, poszukiwania błędów, udoskonalania. Nikt z nas nie jest idealny, nic co robimy nie jest perfekcyjne (za Salvadorem Dalim "Nie obawiaj się doskonałości. Nigdy jej nie osiągniesz!").
Bez porażek nic byśmy nie osiągnęli, nic byśmy nie poprawili, byśmy się nie zmieniali.
Zacytuje zdanko z otchłani internetu "Porażka nie jest przeciwieństwem sukcesu - jest drogą do niego".
Osobiście robię błędy i ponoszę porażki praktycznie każdego dnia - czy gdy mowa o fotografii, czy o innych sferach życia. Dzięki świadomości błędów mogę je poprawić, dzięki analizie porażek robię daną rzecz lepiej za każdym razem. Dawno pogodziłem się z tym, że życie nie jest pasmem sukcesów, a wręcz nauczyłem się z tego cieszyć. Życie byłoby niezmiernie nudno gdyby zostało pozbawione wyzwań.

Miara sukcesu.
To coś co się łączy z tematem porażek. Często stawiając sobie jakieś zadanie nie określamy, co uznamy za sukces. Robisz sesje zdjęciową... kiedy uznasz, że odniosła sukces? Kiedy spodoba się modelce? Kiedy dostanie sto lajków na fejsie? Kiedy ktoś kupi wydruk? Żeby móc ocenić czy odnieśliśmy sukces czy porażkę, trzeba sobie ustanawiać cele i przez ich pryzmat oceniać powodzenie naszych działań.

Jeszcze raz Dali na zakończenie:

Błędy są prawie zawsze rzeczą świętą. Nigdy nie próbuj ich naprawiać. Co więcej: uzasadnij je racjonalnie, staraj się w pełni je zrozumieć. A wtedy będziesz mógł je uszlachetnić. 

Podstawowe umiejętności fotografa: Selekcja



Alfred Hitchcock by Albert Watson
(contact sheets)
Fotografia to przygotowania (opcjonalnie), robienie zdjęć i postprodukcja. Przynajmniej w skrócie tak można to ująć.
Jednak pomiędzy aktem naciśnięcia migawki a postprodukcją jest jeszcze jeden element układanki, który znacząco wpływa na efekt końcowy - selekcja zdjęć.

O mistrzach słów kilka
Czytałem kiedyś wywiad z fototechnikiem, który opowiadał o negatywach najbardziej uznanych fotografów, z którymi miał do czynienia. Mówił m.in. o kadrach Helmuta Newtona czy Cartier-Bressona. Mówił o tym, że oni - najbardziej uznani, doceniani fotografowie - też popełniali błędy, a na ich rolkach też znajdowały się "śmieci". Nie chodzi o to, że były zdjęcia dobre i bardzo dobre, a te dobre odpadały - z jego wypowiedzi można było wywnioskować, że były tam też kadry po prostu kiepskie.

Jak Cię widza, tak Cię piszą
Zasada jest taka - każdy oceniany jest po tym, co pokaże. Jest to dosyć oczywiste, ale wydaje mi się, że do ludzi nie do końca to dociera. Jak wynika z poprzedniego akapitu - KAŻDY czasem zrobi słabe zdjęcie, każdy czasem spieprzy kadr, a czasem może i całą rolkę (ekhem.. kartę pamięci).
Nie jest istotne sto, dwieście czy tysiąc zdjęć na dysku twardym, które są średnie/słabe/beznadziejne. Liczą się te, które pokażesz.

W świecie bitów i bajtów
Obecnie możemy robić dziesiątki i setki zdjęć jednego obiektu czy motywu. Nic nas to nie kosztuje. Na jednej karcie pamięci jestem w stanie zrobić tysiąc zdjęć. Niezwykle kuszące jest naciśnięcie spustu dwa razy zamiast jednego - a nuż pierwsze było poruszone. A może nie zauważyłem, że coś obciąłem i teraz lekko przekadruję...

Od dawna na różnych forach mówi się, że ludzie nie szanują klatki. Nie szanują pojedynczego wykonywanego zdjęcia. Moim zdaniem nie należy przesadnie demonizować tego zjawiska - przez ten brak szacunku wobec jednej klatki częściej odważamy się na eksperymenty, chętniej próbujemy czegoś nowego, sprawdzamy co jeszcze można zrobić.

Jednak wadą tej nonszalancji wobec migawki są tysiące zdjęć. Tysiące zdjęć do wyboru. W jakiś sposób  ciężej nam wybierać z setek kadrów. Po pierwsze - widząc dwadzieścia prawie identycznych klatek nie będziemy kontemplować każdego, tylko... wybierzemy losowo. Po drugie - wiele osób wykazuje myślenie w stylu "zrobiłem sto klatek, to z dwadzieścia wyszło" i wybierze dwadzieścia zamiast jednego, bo z takiej ilości zdjęć MUSIAŁO wyjść coś więcej niż jedno zdjęcie. Zbyt często duża liczba plików jest silniejsza niż samokrytycyzm.

Jakiś czas temu pracowałem z pewną modelką. Podczas czekania na wizażystkę rozmawialiśmy o jej doświadczeniu z fotografią. Opowiadała jak sprezentowano jej sesje zdjęciowa, a fotograf (którego nazwiska nie podam) oddał z dwugodzinnej sesji ponad setkę (czy nawet sto pięćdziesiąt) zdjęć. Do tego część stanowiły "zestawy", gdzie jeden kadr był obrabiany na kilka sposobów.
Nie rozumiem tego procesu - ja oddając zdjęcia mam często problem, żeby wybrać osiem zdjęć. Bo tu coś mi nie pasuje, bo tu kompozycja mi się nie podoba, tu światło spłatało figla, a te trzy ujęcia są do siebie zbyt podobne. Wydaje mi się, że oddając komuś zdjęcia, chcemy pokazać to co najlepsze, a nie wszystko.
Jeżeli przygotowujesz obiad (załóżmy, że wielkanocny :P ) i jedno z dań mocno się przypali, to też podasz je gościom? 
Gdybym zrobił setkę doskonałych zdjęć w dwie godziny, to z przyjemnością bym je wszystkie oddał i pokazał, ale nie jestem tak pewny siebie (czy raczej nadęty) i ograniczę się do tych ośmiu, moim zdaniem najlepszych.

Selekcji trzeba się nauczyć
Gdy rozpoczynałem swoja współpracę z Warsztatem Kadru, selekcja stanowiła dla mnie największy problem. Dostawałem zdjęcia i sam musiałem je selekcjonować, a gdy zrobiłem to źle, to koniec końców miałem dwa razy więcej pracy, bo obrabiałem zdjęcia, które ostatecznie nie trafiały do klienta.
Tak naprawdę dopiero pracując na czyimś materiale nauczyłem się robić selekcję - nabrałem odpowiedniego (nie za dużego, nie za małego ;) ) dystansu do zebranego materiału.

Myślę, że selekcji, jak każdej umiejętności, trzeba się nauczyć - by nabrać wyczucia co do ilości zdjęć z sesji, oceny czy dwa kadry nie są zbyt podobne i w końcu - czy to zdjęcie jest naprawdę warte pokazania.


Krótko o krytyce i krytykach



Gdy mowa o krytyce zawsze mówi się, że trzeba ją znosić godnie. Nie denerwować się, nie obrażać się, ani nie obrażać krytykującego; jeżeli krytyka była merytoryczna, to wyciągnąć z niej wnioski. Chyba każdy, kto rozmawiał z kimkolwiek o krytyce, słyszał te słowa. Każdy, kto został skrytykowany (zwłaszcza gdy krytyka była "bezzasadna"), miał ochotę zrobić dokładnie na odwrót.
Prześlizgując się po portalach fotograficznych (teraz się po nich prześlizguję, kiedyś miałem czas, by posiedzieć) widzę bez przerwy, jak ludzie reagują na krytykę pyskówkami, porównywaniem (moje ulubione: "jak jesteś taki zajebisty, to pokaż") i fochami, czyli dokładnie nie tak jak, się to zaleca.



O krytyce
O krytyce i krytykach można by pisać książki i stworzyć osobną dziedzinę nauki zajmującą się tylko i wyłącznie klasyfikacją i badaniem tego zjawiska. Na poczet przyszłych publikacji chciałbym krytyki wstępnie podzielić.
  • Krytyka merytoryczna - odpowiednio napisana/wypowiedziana jest skarbem. Krytyka taka polega na dekonstrukcji dzieła celem jego analizy i zbadania poszczególnych składowych, by na końcu powiedzieć, co jest fajne, a co nie w opinii krytykującego. Krytyka taka cechuje się tym, że zazwyczaj nie jest w stu procentach jednoznaczna (wszystko na "tak" lub wszystko na "nie"), tylko ocenia poszczególne elementy osobno, by na koniec podsumować holistycznie dzieło. Krytyka taka wymaga nieco wysiłku i czasu od krytykującego.
    Porada: czy z taką krytyką się zgadzamy, czy nie - zawsze należy docenić czas i chęci autora takiej krytyki. Reagowanie agresją na krytykę merytoryczną jest dosyć podłe i głupie.
  • Uwaga merytoryczna - podobna do krytyki merytorycznej, z jednak tą różnicą, że dużo bardziej zwięzła, najczęściej dotycząca tylko jednego aspektu pracy (tylko światło, tylko kompozycja etc.).
  • Krytyka pospolita - najbardziej powszechny rodzaj krytyki. Najczęściej spotykane formy to: "nie podoba mi się" lub "nie podoba mi się to i tamto". Krytyka pospolita oparta jest o gusta i guściki. Do Ciebie należy decyzja, czy masz ochotę z kimś wdawać się w dyskusję o gustach, nie mniej - krytyka taka nie daje Ci nic ponad to, że teraz już wiesz, że pan Ksawery Iksiński nie lubi tego i owego (co jest w większości wypadków równie wartościowe, jak informacja, że nie lubi fasolki po bretońsku).
    Porada- skwitować stwierdzeniem, że o gustach się nie dyskutuje lub zignorować.
  • Hejt - "hejterzy" to w zasadzie wyjątkowo złośliwe osobniki, które krytykę pospolitą wyniosły na wyższy poziom. W internecie sporo się mówi o hejterach, wchodząc na sekcje komentarzy na Pudelku/Onecie/YouTube można znaleźć ich setki, zaś w miejscach takich jak blogi czy FB są zdecydowanie rzadziej spotykani. Istotne jest to, że hejterowi nie podobać się będzie wszystko i, zazwyczaj, ujmie to w słowa, które zdecydowanie mają Cię dotknąć/obrazić.
    Porada - ignorować.
Jak sobie radzić z krytyką*
Znoszenie krytyki nie jest łatwe - łatwo ulec chęci "odgryzienia się", wdania się w dyskusję, czy po prostu zjechania krytykującego.
Jeżeli wklepie się w google zapytanie o to, jak sobie poradzić z byciem krytykowanym, powtarzane jak mantra jest "zdystansuj się - krytykowana jest Twoja praca, a nie Ty". Ta porada moim skromnym zdaniem jest do dupy.
Potrafię się zdystansować, robię to, ale wciąż nie na tyle, żeby zupełnie olać krytykę. Pewnie potrafiłbym się zdystansować jeszcze bardziej, ale nie chcę. Jak ktoś obraża Twojego przyjaciela, to się dystansujesz i pozwalasz, by ktoś go objeżdżał? Nie, bo to Twój przyjaciel. Wkładam jakiś niemały kawałek siebie w foty i nie chcę ich traktować jak czegoś obcego. Gdybym tak zrobił, to zapewne przestałbym robić zdjęcia, bo właśnie to egoistyczne i narcystyczne poczucie wkładania kawałków swojej duszy w fotografie daje mi największą przyjemność.

Znalazłem sobie inny sposób.
Zdałem sobie sprawę, że ta pozornie bezwartościowa krytyka oparta tylko i wyłącznie o gusta i/lub chęć wyżycia się jest równie wartościowa jak pochwała wynikająca z tych samych pobudek.

Jeżeli nikt Cię nie krytykuje, to znaczy, że nie zrobiłeś nic wartościowego.
Powyższe zdanie, przytoczone z pamięci, pochodzi z jakiegoś artykułu, który czytałem dawno temu. Nie pamiętam autora artykułu, ani autora zdania, ale bardzo mi się podoba.
Autor artykułu, z tego co pamiętam poszedł nawet dalej pisząc, że każda krytyka i każde zmieszanie Cię z błotem jest bardziej wartościowe niż pochwała.
Pisząc pochwałę podejmujesz czynność, która jest bezpieczna - nikt nie będzie Cię krytykował za to, że Ci się podoba. Ma prawo Ci się podobać.
Inaczej jest z krytyką. Mieszając kogoś z błotem wystawiasz się - autor zdjęcia może wdać się w dyskusję i zacząć mieszać z błotem Ciebie, jego fani mogą się do niego przyłączyć. Krytykując sam wystawiasz się na krytykę. Napisanie krytyki jest dużo mniej bezpieczne.
Oznacza to, że osoba krytykująca wystawiła się tylko po to, by Ci pojechać. Wow... Twoja praca jest na tyle emocjonująca, że komuś się chciało i mało tego, że coś napisał (co wymaga nieco więcej wysiłku niż kliknięcie "like" i dużo bardziej wymagające niż zwyczajne zignorowanie Twojej pracy), to jeszcz podejmuje się (drobnego, bo drobnego) uszczerbku na ego, gdy Twoi przyjaciele, obrońcy i rodzina pod Twoim przywództwem będą mu cisnąć za to, że Cię skrytykował.
Dla mnie to jasny znak, że zrobiłem coś dobrze - wzbudzam emocje u odbiorców (a wszystkim dogodzić się nie da).


Hejter wyznacznikiem 
Właściwie gdy wszystkim się podoba i nikt nie powie mi nic złego o pracy, to się czuję dziwnie. Albo nikt nie ma jaj, żeby mi powiedzieć, co mu nie gra albo moje prace są niewystarczająco emocjonujące.
Jasne, że wciąż nie lubię czytać, czy słuchać jak ktoś mi jedzie, ale z drugiej strony wiem, że tak musi być.
Mam wrażenie, że jeżeli o swoich zdjęciach słyszysz tylko i wyłącznie pochwały, to znaczy, że nie wyszedłeś z szafy. Brak krytyki oznacza, że odbiorcami Twoich prac są ludzie, którzy nie chcą Cię "zranić", czyli Twoi najbliżsi, a krytyka oznacza, że wypłynąłeś przed szerszą publikę.


*Jak wiadomo krytyka może być pozytywna i negatywna. Na potrzeby chwili ograniczmy się do tej negatywnej .

Grzechy młodego fotografa

photo by Master Sgt. Rob Wieland



W zasadzie 80-90% fotografów popełnia jeden z dwóch błędów. Sam też jestem winny.
Nie jest to błąd straszliwy. Jednakże ogranicza rozwój, czasem zniechęca do dalszej pracy. Powoduje, że do pewnych rzeczy dochodzimy później niż powinniśmy.
Błąd ów dotyczy specjalizacji.
Specjalizujemy się za wcześnie lub wcale.

Czym jest specjalizacja?Mamy ogromną ilość rodzajów fotografii - portretową, pejzażową, makrofotografię, glamour, fotografię przyrodniczą, reportażową, sportową itd.
Niektóre są swoimi podkategoriami, inne się pokrywają, pomiędzy niektórymi ciężko znaleźć granicę.
Nie istnieje nawet porządny podział fotografii, który byłby oparty na jakiejś przyzwoitej zasadzie (bo co mi po podziale z wikipedii czy jakiejś strony gdzie obok siebie na równych prawach stoi fotografia portretowa i podwodna... kto mi zabroni zrobić portret pod wodą?).
Jako że lubię pewne rzeczy klasyfikować i organizować, sam myślałem o ukuciu jakiegoś pożytecznego podziału (najlepiej jednoznacznego, zupełnego i rozłącznego - pzdr. dla logików).

Właśnie przez tę mnogość dziedzin fotografii konieczne zdaje się specjalizowanie. Różne rodzaje fotografii wymagają różnego sprzętu, podejścia, wyobraźni i różnych umiejętności.
Niemożliwym jest potrafić wszystko.

Brak specjalizacji

Jest to przypadłość uwierająca zwłaszcza hobbystów. Chcą potrafić wszystko - reportaż zrobić, portret machnąć, pejzażyk z podróży przywieść.
Jak napisałem wyżej - nie da się ogarnąć wszystkiego. Niektórzy poświęcają kilkanaście lub kilkadziesiąt lat na naukę jednej dziedziny, a takie osoby chcą wszystko.
Znane powiedzenie mówi „jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Dotyczy to w pewnym stopniu również fotografii. Można opanować pewien poziom różnych dziedzin fotografii. Można dojść do poziomu „średniego” we wszystkim na raz. Problem pojawia się, kiedy we wszystkim chce się być dobrym lub bardzo dobrym (o najlepszym i jednym z najlepszych nie wspomnę). Po osiągnięciu pewnego pułapu rozwój staje się powolny i mozolny - nawet jeżeli człowiek zajmuje się tylko jedną dziedziną, osiąga plateau (tak wynika z krzywej uczenia). Gdy zajmujemy się jednocześnie dziesięcioma rodzajami fotografii, to osiągając plateau, nasz rozwój niemal się zatrzymuje. Niestety niektórzy tego nie widzą i dalej brną w to, zniechęcając się od fotografii nie widząc rozwoju i przyrostu umiejętności pomimo włożonej pracy.

Z drugiej strony, tak jak powiedziałem, to najczęściej błąd hobbystów, osób które nie mają parcia na profesjonalne zajmowanie się fotografią. Dla wielu takich osób nie będzie to aż tak dużą przeszkodą - focą dla przyjemności i powoli będą drążyć skałę, rozwijając się malutkimi kroczkam.

Zbyt wczesna specjalizacja

Drugi biegun. Chyba sam padłem ofiarą tego błędu. Błąd osób, które mają parcie i są zbyt „narwane” ;) Wracając do krzewej uczenia się - na początku są „trudne początki”, potem szybki rozwój, a następnie plateau. Niektórzy zamiast pięknie się rozwinąć do „średniego” poziomu wspomnianego wyżej, zaraz po swoich początkach specjalizują się i rozwijają się w wybranej przez siebie dziedzinie.
Można by pomyśleć, że to nic złego - wiesz czego chcesz i robisz to. Niby racja.
Ale z drugiej strony - pomijasz wiele cennych lekcji, które potem możesz przenieść na inną dziedzinę. Dla przykładu - nic nie nauczyło mnie tyle o pracy nad kadrem, co fotografia pejzażowa. Bez ograniczeń czasu, modelki, która musi stać w jednej pozie. Powoli, na statywie, poruszając o milimetr w jedną i w drugą stronę, zmieniając kąt patrzenia. Całe mnóstwo wiedzy wypłynęło z tej fotografii, a robiłem pejzaże będąc w Norwegii z braku laku, bo modelek pod ręką nie było. Tak samo każda inna dziedzina fotografii może Cię mnóstwo nauczyć, ale jeżeli zbyt szybko się wyspecjalizujesz to możesz po prostu nigdy nie zrobić reportażu, czy dokumentu, czy zdjęcia przyrodniczego.

Inna sprawa, że możesz przypadkiem pominąć coś, co Cię naprawdę kręci. Jeden z moich nauczycieli fotografii - Łukasz - wspominał mi kiedyś o tym, że zawsze krzywił się na fotografię makro. Słyszał makro i mu się odechciewało focić. Do czasu kiedy spróbował. Polubił, i to bardzo, tę dziedzinę fotografii. Ja nie lubiłem nigdy reportażu, a gdy zrobiłem jeden, uznałem, że to może być całkiem ciekawe (ale reportażystą i tak nigdy nie będę :P ).
Jeżeli zbyt szybko wybierzesz swojego konika, możesz przegapić sporo radości z fotografii.

Na koniec

Na zakończenie chciałbym jeszcze coś wyjaśnić - mówię o specjalizacji. Mówię cały czas o jednej konkretnej specjalizacji, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by się specjalizować w dwóch czy trzech dziedzinach fotografii. Pamiętać tylko należy, że każda kolejna „działka” fotografii będzie wymagała osobnego nakładu pracy i im więcej na raz próbuje się zrobić, tym mniej widoczny jest rozwój dla każdej z nich z osobna.


PS. Jeżeli zdecydujesz się w czymś wyspecjalizować, to pamiętaj też, żeby stworzyć sobie pewną odskocznię. Wydaje mi się zdrowe, żeby czasem zrobić coś „z innej parafii”. Jeżeli jesteś pejzażystą, to ustrzel czasem portret. Portrecisto - machnij od czasu do czasu makro. Reportażysto - może by wyrwać się z rutyny pofotografujesz architekturę? ;)

Alchemia Obrazu

Photo by Aesthetic Alchemy

Znowu to zrobiłem... obiecałem się poprawić i nie spóźniać z postami. Wybaczcie, ale Pyrkon zajął większość mojego czasu przez cztery ostatnie dni ;)

Nie mniej - alchemia obrazu - tytuł dzisiejszego posta. Ma on niewiele (a może wiele?) wspólnego z książką o tym samym tytule, której nie czytałem.
W innej książce: "Obrazy fotografii. Album metafor fotograficznych" Berndta Stieglera znajdziemy hasło "czarna magia". Pod owym hasłem przewija się kilka razy słowo "alchemik" i "alchemia". Dzisiaj powiem, dlaczego uważam, że porównanie fotografa z alchemikiem jest niezwykle trafne.

Alchemik
U Stieglera określenie alchemik pada w stosunku do Man Ray'a, ale nie jest dla niego zarezerwowane. Pisze on o tym, jak tajemnicza ciemnia, w której roznosi się woń chemikaliów i gdzie zachodzą jakieś tajemnicze przemiany, przypomina laboratoria alchemików łączących różne substancje. Cel jest podobny, bo czy przemiana rzeczywistości w piękny kadr nie jest dla fotografa jak przemiana ołowiu w złoto? ;)

Jednak podobieństwa tu się nie kończą. Współczesny świat trochę zapomniał, o co chodzi w alchemii i fotografii. Czym zajmowali się alchemicy? Zapewne ci, którzy spotkali się z pojęciem alchemii powiedzą, że przemianą metalu w złoto (lub ołowiu w złoto). Jak próbowali to zrobić? Przy pomocy reakcji chemicznych (toć są prekursorami współczesnej chemii ;) ).
To prawda, ale nie cała.

Alchemia stosowała rozmaite środki - była czymś, co rozumiemy jako pseudonaukę, bowiem próbowała do swych przemian użyć układów gwiazd, magii, istot nadprzyrodzonych i znaków, które miały mieć moc. Tego nauka nie robi.
Co więcej - najczęściej pomijany aspekt alchemii to jej dualność. Alchemicy wierzyli w wielowymiarowość świata (o czym świadczą ich metody). Dlatego poszczególnym związkom chemicznym przypisywano pewne magiczne właściwości, ale też odzwierciedlały one pewne cechy. I tak dla przykładu antymon reprezentował zwierzęcą naturę człowieka. Magnez dla odmiany oznaczał wieczność lub wiecznie płonący ogień.

Pamiętamy, że alchemik chciał zmienić fizycznie ołów w złoto, ale pomijamy, że dla alchemika ołów = pierwotna materia i chaos, a złoto = perfekcja umysłu i duszy (co ciekawe alchemicy rozdzielali te dwie rzeczy).

Fotograf a AlchemikMożliwe, że teraz zastanawiacie się, co to ma do fotografii. Wydaje mi się, że współcześnie ludzie za bardzo zrezygnowali z tej dualności. Fotografia jak żadne inne medium przystaje do alchemii łącząc świat fizyczny (światło, "rzeczywistość") z wymiarem duchowym (sztuką).

Obserwując od lat, co się dzieje na różnych forach i portalach widzę, że wiele osób przywiązuje się tylko do aspektu technicznego, zupełnie zapominając o tej "duchowej", "odczuciowej" części fotografii.
Z drugiej strony są "artyści", którzy tworzą, mając za nic poprawną technikę - tworzą obrazy niepoprawne technicznie, nie dlatego, że taki jest zamysł, a dlatego, że w pogardzie mają techniczną stronę fotografii.

Najwięksi fotografowie łączą ze sobą formę z treścią. Są alchemikami, nie zaś chemikami.
Bez połączenia tych dwóch elementów, połączenia i zjednoczenia techniki i "magii fotografii" nie przemienicie ołowiu w złoto.

Headshot czy Portret?


Al Pacino | Mark Seliger
Inspiracją dla tego wpisu są zajęcia z portretu charakterystycznego, które miałem przyjemność niedawno prowadzić oraz warsztaty Andrzeja Dragana, o których ostatnio czytałem.
Pytanie na początek:

Czy portret to to samo co headshot?
Zasadniczo headshot to zdjęcie głowy (twarzy) czasem z kawałkiem ramion. Headshot z założenia nie jest zdjęciem artystycznym, nie jest mocno edytowany, przedstawia osobę realistycznie.

Czy jest więc tym samym, co portret? NIE.
Headshot jest rodzajem portretu.

Zauważyłem, że osoby zaczynające swoją przygodę z fotografią myślą, że te pojęcia są równoważne (czy też inaczej - spytani o to, czym jest portret, podają charakterystykę headshota).

Chciałbym tu zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
Po pierwsze - żaden rodzaj fotografii nie jest charakteryzowany przez użyte narzędzia i środki. Portret nie jest charakteryzowany przez ciasny kadr zawierający twarz. Pejzaż nie jest charakteryzowany przez użycie obiektywu szerokokątnego. Fotografia reklamowa nie jest charakteryzowana przez ogromną ilość retuszu. Fotografia reportażowa nie jest charakteryzowana przez użycie aparatu marki Canon. Środki i narzędzia są wyborem autora i zawsze może użyć innych niż pozostali.

Po drugie:
Czym jest portret?

Portret to dosyć szerokie pojęcie. Zawiera w sobie (ciut upraszczając) wszystkie zdjęcia, w których obiektem zainteresowania jest dana, konkretna osoba. Jednak zwykły portret (klasyczny), który traktuje o danej osobie tylko poprzez pokazanie, jak wygląda i na tym się kończy (czyli większość takich headshotów) jest dla mnie prosty, płytki i pozbawiony treści. Może być piękny, wspaniały, fascynujący, ale jest prosty.

To co dla mnie jest prawdziwą fotografią portretową to ukazanie danej osoby jako całości - nie tylko przedstawienie jej wyglądu, ale opowiedzenie czegoś o danej osobie. Czasem udaje się to zrobić headshotem - spojrzeniem, mimiką lub gestem (co dla przykładu robi Mark Seliger). Jednak mamy całe spektrum możliwości - nie tylko popiersie czy plan amerykański, ale plan ogólny, a nawet totalny, czy w ogóle rezygnacja z pokazania danej osoby per se.

Kwintesencją portretu jest człowiek i tego należy się trzymać, ale trzeba się zastanowić, czy twarz to wszystko co ma do zaoferowaniu światu. Na portrecie może (a nawet powinno!) się znaleźć dużo więcej niż fizis. Niech zdjęcie pokaże pasje, zainteresowania, charakter, temperament.

Kadr powinien być dostosowany do tego, co chcesz powiedzieć - gdy chcesz pokazać czyjąś pasję, to użyj szerszego kadru i zawrzyj w nim przedmioty z tą pasją związane. Chcesz pokazać emocje - skup się na twarzy lub popiersiu. Dobry portret (i nie tylko) powinien zawierać wszystko, co uznasz za konieczne, ale nie więcej.

Fotografujesz miłośnika koni? Sfotografuj go z koniem - niech sama osoba będzie na zdjęciu malutka, niech większość kadru zajmie koń. Jeżeli to człowiek, który poświęca koniom życie, to to zdjęcie odda go dużo lepiej niż headshot - będzie lepszym portretem.
Fotografujesz kogoś, kto uwielbia pomagać ludziom i jest wolontariuszem? Sfotografuj go przy pracy, kiedy robi to, co kocha. Możesz sfotografować nawet jego plecy przedstawiając bardziej jego miejsce pracy, czy ludzi którym pomaga - to pokaże kim jest dużo lepiej niż zdjęcie twarzy.



Moim zdaniem portret powinien opowiadać historię. Powinien pomagać nam poznać osobę, która na nim jest. Skupianie się wyłącznie na wierzchniej warstwie człowieka jaką jest wygląd jest płytkie.
Oczywiście jako ludzie jestesmy przywiązani do swojego wyglądu, ale można opowiedzieć historię nie zapędzając się tak daleko jak w podanych  kilka linijek wyżej przykładach.
Można zrobić zdjęcie w przestrzeni prywatnej danej osoby, pokazując zarówno jej wyglad jak i miejsce, które do niej należy. Tak powstaje portret środowiskowy, który moim zdaniem jest doskonałym wyborem gdy chcemy powiedzieć coś o człowieku, a nie tylko go pokazać.


Styl - własny czy nie?


David LaChapelle
Vogue Italia October 2005



Gdy mówimy o stylu, możemy mówić o stylu danego autora, danej epoki czy stylu związanym z konkretnym kierunkiem w sztuce. Myślę, że w fotografii za często pomija się te pierwsze - style określonych grup (kierunki) i styl epoki.

Kilka słów wstępu
Do myślenia o tym skłonił mnie wspomniany we wcześniejszym poście Ruckstull. W rozdziale poświęconym stylowi i manierze napisał on, że styl to własność przynależąca pewnym grupom, nie zaś jednostkom. Twierdzi on, że styl indywidualny jest wyrazem narcyzmu i nadmiernego egocentryzmu. Ciężko mi się z nim zgodzić, aczkolwiek chyba rozumiem co miał na myśli. Ruckstull widział problem w szukaniu oryginalności na siłę i wyróżnianiu się na siłę .

O kierunkach w fotografii
Niestety w fotografii rzadko mówi się o fotografach w kontekście ich przynależności do grupy - każdy interesujący się historią fotografii słyszał o Anselu Adamsie (a przynajmniej powinien). Większość z tych, którzy słyszeli o Adamsie wiedzą, że należał do grupy f/64. Jednak stawiam, że prawie nikt nie połączy grupy f/64 z nową rzeczowością (Neue Sachlichkeit), a dalej z weryzmem. Mało komu na hasło Guy Bourdin przyjdzie do głowy surrealizm. Nieco więcej osób zapewne połączy Davida LaChapelle'a z pop-artem i surrealizmem.
O tym się nie mówi. Fotografów „szufladkuje” się inaczej, według obiektów: portrecista, fotograf mody, pejzażysta etc.

W wyniku tego zaniedbania identyfikujemy fotografów mody czy pejzażystów jako jedną całość. Niestety te kategorie zamiast stać obok informacji o stylu, który reprezentują - zastępują go. Fotografów z danej kategorii kojarzymy tylko z wizualnym efektem, nie rozumiejąc ich zaplecza myślowego i tego, co jest powodem, dla którego ich fotografie wyglądają tak a nie inaczej, czyli po prostu ich nie rozumiejąc.


Kierunki w sztuce a Twój styl
Sam fakt, że fotografów nie próbuje się wpisać w kierunki w sztuce można przeboleć - da się obejść bez metek i etykietek. Jednak dla osoby poszukującej swojego stylu to duże utrudnienie.
Dlaczego?
Naturalną koleją rzeczy jest inspirowanie się innymi artystami. Gdy znajdziesz takiego, który Ci odpowiada, oglądasz, analizujesz, kontemplujesz jego dzieła. W fotografii tu się sprawa kończy. Szukasz następnego.*
Jeżeli zaś uczysz się malować, to w momencie gdy zainteresuje Cię de Chirco, z miejsca zapoznajesz się też z całym dorobkiem realizmu magicznego. Jeżeli to do Ciebie przemówi, to poznajesz ten styl - co za nim stoi, co go napędza, co chce przekazać.
Po co?
Z dwóch powodów: po pierwsze być może zaadoptujesz ten styl i będziesz chciał w jego ramach tworzyć; po drugie - istniejące style mogą stanowić doskonałą bazę do rozwoju indywidualnego stylu.
W sytuacji, gdy fotografów się nie „porządkuje” według stylów, to ten schemat nie ma szansy na wystąpienie (czy też jest bardzo ograniczony).

Ja zacząłem tropić kierunki w sztuce przez fascynację surrealizmem. Akurat fotografów surrealistów dosyć chętnie klasyfikowano, tak więc gdy tylko poznałem Man Ray'a, zacząłem fascynować się surrealizmem w ogóle, później innymi kierunkami w sztuce. Najchętniej inspiruję się realizmem magicznym (dla uściślenia - nie temu zdefiniowanemu przez F. Rotha, wpisującemu się w post-ekspresjonizm, a temu bliższemu surrealizmowi).

Kolejną rzeczą, którą daje Ci przyklejenie sobie „łatki” jest ułatwienie sprawy Twojemu odbiorcy. Jeżeli powiesz o sobie, że inspirujesz się impresjonizmem, naprowadzi to nieco Twojego odbiorcę, jak „czytać” Twoje prace (o ile się nieco w sztuce orientuje).
 

Słowo na zakończenie
Pisałem tu o inspirowaniu się kierunkami/stylami w sztuce w samych superlatywach. Piszę tak dlatego, że myślę, że warto. Gdy odkryłem surrealizm, byłem nim zafascynowany, gdy go poznałem bliżej, uznałem, że to jednak nie do końca „to”, poznałem trochę więcej stylów i na razie czerpię z realizmu magicznego. Jednak co istotniejsze - dowiedziałem się całego mnóstwa rzeczy na temat środków wyrazu, użyciu kolorów, brył, przestrzeni. Nawet jeżeli nie chcesz się w nic wpisywać, szufladkować, to warto przejść tę ścieżkę, żeby otworzyć sobie nieco głowę i pozwolić wpaść do głowy nowym ideom.
Myślę, że ta wiedza nie jest niezbędna, ale bardzo przydatna.


*piszę to z perspektywy osoby, która nie przeszła żadnej formalnej edukacji w zakresie fotografii, być może na uczelniach artystycznych wygląda to nieco inaczej.